Nie tylko lekarz i pies

Rozmowa z lek. wet. Sławomirem Szymańskim, właścicielem Przychodni Weterynaryjnej ZWIERZYNIEC

 

Kto decyduje się na zwierzę?

Wyróżniam trzy podstawowe kategorie takich osób. Są to po pierwsze starsze osoby, które dysponują większą ilością wolnego czasu i chętnie dzielą go ze zwierzęciem. Z drugiej strony mamy ludzi, którzy kupują zwierzę trochę w charakterze zabawki: sobie lub, co gorsza, komuś na prezent. W tym miejscu chciałbym podkreślić, że pies jest pewnym dobrem, które nie każdy powinien i może „posiadać”. Przede wszystkim, musimy umieć się nim zaopiekować, ale także musi nas być stać na zapewnienie mu właściwego żywienia i profilaktyki. Nie wszyscy dopuszczają do siebie, że opieka nad zwierzęciem to swego rodzaju hobby i – jak każde hobby – kosztuje. Trzecia grupa decydujących się na zwierzę wykazuje najbardziej kontrowersyjną motywację. Kupują określoną rasę psa, która będzie pasować do ich wizerunku lub którą aktualnie w dobrym tonie jest mieć – bo faktycznie obserwujemy trendy w zakresie wyboru rasy psa. Przez pewien czas był duży popyt na goldeny i labradory, jednak zapewnienie przedstawicielom tych ras jedynie porannego i wieczornego spaceru to zdecydowanie za mało. Te psy muszą biegać.

Mówi pan o wyborze psa jako elementu dekoracji, a nie z uwzględnieniem interesów samego psa.

Zgadza się. Mówię o sytuacjach, w których psa nie dobiera się pod kątem swojego stylu życia, ale np. do kanapy, bo „biszkoptowy będzie na niej ładnie wyglądał”. Albo kupujemy ofutrzonego leonbergera i dwa razy w roku wieziemy go na wakacje w Chorwacji.

Czy jest rasa, która „wyszła z mody”?

Pracuję w zawodzie ponad 10 lat i nigdy nie zdarzył mi się pudel-szczeniak. Czasem się zastanawiam, co czeka tę rasę, gdy dorosłe osobniki wyginą. (śmieje się)

Sławomir-Szymański-fot

lek. wet. Sławomir Szymański, właściciel Przychodni Weterynaryjnej ZWIERZYNIEC, wraz z Bibi (fot. Dorota Ziętek)

Kto wykazuje się największą gorliwością w zakresie opieki nad pupilem?

Powiedziałbym, że nie ma to związku z majętnością opiekuna, a bywa, że jest nawet odwrotnie proporcjonalne. Często osoby starsze, o mniej zasobnych portfelach, są w stanie przeznaczyć większą kwotę na poprawę komfortu życia swojego psa, niż ktoś, kto finansowo byłby na to w większym stopniu gotowy. Obserwuję za to optymistyczne przemiany, jeśli chodzi o świadomość opiekunów w zakresie potrzeb ich zwierząt. Coraz częściej zwracają oni uwagę, że nie wystarczy zadbać o pełną miskę, spacer i posłanie. Żeby zwierzę żyło w komforcie, liczy się też czynnik emocjonalny.

Ma Pan na myśli usługi psychologów zwierzęcych?

Dokładnie tak. Kiedyś o psie mówiło się, że jest szczekliwy i nieznośny – dzisiaj szuka się przyczyn tego problemu. I co się okazuje? Że większość tkwi w osobie właściciela. Zwykle w kontakcie z czworonogiem jest albo nadgorliwy albo zbyt wycofany i za mało czasu mu poświęca. Psia psychologia rozwinęła się na tyle, że w sytuacji, gdy opiekun zwierzęcia zgłasza nam określony problem, my kierujemy go już bezpośrednio do zwierzęcego psychologa albo do behawiorysty. Behawiorysta, poza dotarciem do przyczyn, wskazuje też środki naprawcze.

Na ile istotne jest, aby z pacjentem u specjalisty zjawił się też jego opiekun?

Poruszyła Pani bardzo istotny problem. Bywa, że jako weterynarz zwracam uwagę na określone niewłaściwe zachowanie zwierzęcia, a w odpowiedzi słyszę, że pies już przecież był na szkoleniu. Tymczasem na szkolenie powinien chodzić zarówno pies, jak i właściciel. To, że trener nauczy zwierzę określonych zachowań, zda się na niewiele, jeżeli właściciel wciąż kieruje ku niemu wadliwe sygnały. Co istotne, my możemy nawet nie zdawać sobie sprawy, że dajemy zwierzęciu sygnały, które wywołują u niego reakcję odwrotną do zamierzonej. W świecie biologii ogromną rolę odgrywają już minimalne ruchy. Najlepiej zilustrowane zostało to w książce „Człowiek, który słucha koni”, w której M. Roberts opisuje spostrzeżenia z obserwacji stada dzikich mustangów. Dla przeciętnego człowieka mikroruchy, którymi konie porozumiewają się ze sobą, pozostają niezauważalne. Tymczasem ruch oka, przystrzyżenie uchem, odwrócenie się zadem – te wszystkie gesty z punktu widzenia komunikacji między osobnikami w stadzie mają niebagatelne znaczenie. Odbycie wspólnego szkolenia z psem pozwala nam uzmysłowić sobie bogactwo sygnałów, jakie do niego wysyłamy. Opiekunowi
może wydawać się, że mówi tylko cicho albo głośno, a tymczasem znaczenie mają także tony pośrednie i gesty, które wykonujemy, a których nie jesteśmy nawet świadomi.

Jakie błędy popełniamy w komunikacji z pupilem?

Czasem robimy przeciwstawne rzeczy: mówimy „nie wolno”, a jednocześnie uśmiechamy się i kiwamy palcem. Zwierzę nie wie, czy mu grozimy, czy zachęcamy do zabawy. W świecie ludzkim gest kiwania palcem jednoznacznie kojarzy się z ostrzeżeniem, ale takiej konwencji w świecie zwierząt brak. Tu tkwi źródło nieporozumień i z tego powinniśmy sobie zdać sprawę.

Weterynaria dynamicznie się rozwija, a ludzie zwracają większą uwagę na pielęgnację zwierząt. Jakie usługi pojawiły się w ostatnich latach, których jeszcze dekadę temu się nie wykonywało?

Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę, że wykonywania niektórych właśnie zaprzestano. Mam tu na myśli kopiowanie uszu i obcinanie ogona, które były kiedyś swego rodzaju zabiegiem kosmetycznym u niektórych ras. W tej chwili jest to zakazane, ponieważ wykonuje się jedynie zabiegi niezbędne dla ochrony zdrowia. Jednak z punktu widzenia kosmetyki zwierząt, tak jak Pani zauważyła, dba się teraz o zwierzę dużo bardziej. Nawet jeśli pies mieszka w kojcu, to zdarza się, że jest do nas przyprowadzany na kąpiel. Dawniej nikt nie pomyślałby, żeby obciąć mu pazury czy wyczyścić uszy. Nie jestem jednak w stanie jednoznacznie wskazać, z czego wynika ta troska. Zmienił się trochę świat. Ludzie bardziej dbają o to, co widać. I teraz tak – poziomu zdrowia psa nie widać, pod warunkiem, że pies nie zaczął tego okazywać, tj. nie kuleje, nie pogorszyła mu się okrywa włosowa. Kiedy znamiona zewnętrzne ujawniają się, właściciel
zazwyczaj zaczyna coś z tym robić. Pojawia się tylko pytanie, czy dlatego, że zwierzę cierpi, czy żeby sąsiad nie skwitował, jakiego ten człowiek ma kiepskiego psa.

Tym sposobem wracamy do motywacji związanej z posiadaniem czworonoga – czy mamy go ze względu na niego samego, czy ze względu na swój wizerunek.

Tak, ale – jak już wspomniałem – uważam, że przemiany w podejściu do zwierząt domowych są naprawdę korzystne. Dawniej nie do pomyślenia byłby w Czułowie widok osoby spacerującej z psem. Psy siedziały w kojcach. Teraz taki obrazek jest już całkiem codzienny, chociaż psy często są nierasowe, a ich właściciele nie są nowymi mieszkańcami dzielnicy – mieszkają tutaj od dawna. Zaczęli po prostu w nowy sposób postrzegać i uwzględniać w swoim życiu obecność psa. Kupuje się preparaty na pchły i kleszcze, których jakiś czas temu jeszcze nie było. Wykonuje się coraz więcej zabiegów leczniczych. Opiekunowie decydują się na leczenie nowotworów – nie tylko na chirurgiczne usunięcie, ale również na radioterapię czy chemioterapię. Wzrasta świadomość.

Czy zwierzę jest w stanie przekazać, co mu dolega?

Czasem ludzie mówią: pan to ma ciężką pracę, bo przecież zwierzę nie mówi. To jest z jednej strony utrudnienie, ale z drugiej strony też szansa na postawienie właściwej diagnozy. W przeciwieństwie do lekarza leczącego ludzi lekarz weterynarii nie będzie wprowadzony w błąd opisem słownym, który nie zawsze kieruje uwagę na właściwy problem. Badany pies prawie zawsze zareaguje dotknięty dopiero w miejscu, w którym naprawdę go boli. Jeżeli dobrze obserwuje się swojego psa, to on fenomenalnie daje znać, że coś mu dolega. Niektórzy właściciele są tak świetnym obserwatorami, że czasem ja w przychodni mam trudność określić, na którą kończynę pies kuleje, bo kulawizna jest tak nieznaczna. Zwracają np. uwagę, że pies nie unosi ogona, ma lekko opuszczone ucho albo chodzi zgarbiony. Bezbłędnie „czytają” swojego psa. To świetnie, dlatego że proces leczenia – poza udziałem lekarza weterynarii i pacjenta – przewiduje ważną rolę dla właściciela. Wymaga ona od opiekuna uważności i rzetelności w przedstawianiu symptomów podczas wizyty.

Jaką rolę odgrywa wywiad?

Dobry wywiad to połowa sukcesu. Mam czasem wizytę kardiologiczną, która trwa półtorej godziny, z czego pół godziny zajmuje rozmowa, a zrobienie zastrzyku pięć sekund. Wywiad z opiekunem to droga po nitce do kłębka, jaką czynność przez te pięć sekund należy wykonać. Najbardziej skuteczna jest formuła pytań otwartych, dlatego że zmusza właścicieli do zastanowienia. To właściciel przebywa na co dzień ze zwierzęciem i to do niego należy precyzyjne przedstawienie problemu. Niestety właściciele zwierząt często nie zdają sobie sprawy ze swojej roli i udzielają weterynarzowi na szybko odpowiedzi nieprzemyślanych, co znacznie utrudnia postawienie właściwej diagnozy. Trzeba pamiętać, że leczenie psa nie zachodzi na linii lekarz-pies. Kompletny zespół to lekarz, pacjent i właściciel. Bez współpracy ze strony właściciela nie będzie efektów – lekarz może zapisać leki, lecz to właściciel będzie je podawał (albo nie). Nie wystarczy przyjść do lekarza. Do wykonania pozostaje pewna praca w domu. Z punktu widzenia skuteczności leczenia aktywny udział właściciela jest nie do przecenienia.

Może, jeśli opiekun nie jest zadowolony z efektów leczenia, powinien po prostu zmienić lekarza?

Podstawowym błędem popełnianym przez właścicieli są zbyt częste zmiany lekarza. Bywa, że daną jednostkę chorobą leczy się długo, a właściciel jest niecierpliwy – jedyne, co widzi, to że nie ma poprawy. W takiej sytuacji jest on skłonny podjąć decyzję, by „wypróbować” innego lekarza. To jednak zwykle przynosi niekorzystne skutki dla wszystkich trzech stron. Dla lekarza – bo nie ma możliwości leczenia. Dla psa – bo się nie leczy. Dla właściciela – bo wydaje bez sensu pieniądze, co chwilę rozpoczynając proces od nowa. Jest również prawdą, że częstym błędem lekarza jest niepoinformowanie opiekuna, że efekty leczenia będzie w stanie zaobserwować np. dopiero po miesiącu. Gdyby opiekun o tym wiedział, być może nie szukałby innych lekarzy.

Czy każdy weterynarz leczy każdą przypadłość?

Świadomość lekarzy również wzrasta i nie jest tak, że każdy leczy wszystko. Rozsądny lekarz, stając wobec jednostki chorobowej z dziedziny, na której się nie zna, przekierowuje pacjenta tam, gdzie uzyska on najbardziej fachową pomoc. Takich lekarzy należy szukać. W chwili obecnej diagnostyka jest na tak wysokim poziomie, że nie sposób mieć całą aparaturę i nie sposób wszystko wiedzieć. Dlatego jestem zdania, że odpowiedzialnie jest dziedzinami się podzielić. Wśród lekarzy zajmujących się leczeniem ludzi już dziś mamy tak wąskie specjalizacje jak urolog i nefrolog. Całkiem prawdopodobne, że weterynaria będzie zmierzać w podobnym kierunku. Na dynamikę rozwoju weterynarii mają też wpływ otwarte granice i –będący ich rezultatem –swobodny przepływ informacji. Polscy lekarze mogą wyjeżdżać, a z kolei na nasze konferencje zapraszani są zagraniczni specjaliści. Dzięki kolegom z innych krajów mamy dostęp do wielu badań.

Konferencje i szkolenia są obowiązkowe?

Nie, lekarz nie ma obowiązku brać w nich udziału – i faktycznie nie wszyscy jeżdżą. Natomiast, wobec tempa rozwoju nauki, uczestnictwo w nich osobiście uważam za niezbędne. Trudno bazować na wiadomościach, które zdobyło się w trakcie studiów,
skoro wiedza z zakresu diagnostyki czy dostępności leków dezaktualizuje się czasem już po dwóch latach. Zgadzam się z opinią, że jeśli choć jedną informację z danego sympozjum wykorzystam w interesie pacjenta, było to spotkanie udane. Wyjazdy tego typu bywają kosztowne, bo wiedza kosztuje. Dlatego jeśli lekarz się uczy, robi specjalizacje, to siłą rzeczy usługa w jego placówce będzie kosztować więcej. Bywa, że leki służące do diagnostyki danej jednostki chorobowej w Polsce są niedostępne. W takich przypadkach relacje międzynarodowe nawiązane na sympozjum mogą też posłużyć do sprowadzenia określonego leku. Przechodzimy tu jednak na grząski grunt, ponieważ – zgodnie z wymogami prawa – polski lekarz może stosować tylko leki zarejestrowane w Polsce. Jeśli trzymać się tej regulacji w sposób bezwzględny, oznacza to brak możliwości diagnozowania i leczenia niektórych jednostek chorobowych.

I lekarz staje przed wyborem.

Moją etyką jest pomóc zwierzęciu. Dlatego jeżeli państwo nie zapewnia mi właściwych narzędzi, to szukam ich za granicą. Sztywne trzymanie się litery prawa wymaga też, że – jeśli istnieje określony lek wyprodukowany dla zwierząt – weterynarz jest zobowiązany go przepisać. Nie ma możliwości przepisania tej samej substancji chemicznej w preparacie dla ludzi. I teraz jak ja mam powiedzieć opiekunowi przewlekle chorego kardiologicznego pacjenta, że do końca życia ma zażywać leki, za które opiekun będzie płacił 300 zł miesięcznie, w sytuacji gdy mogę mu zaproponować leczenie za 30 zł lekiem dla ludzi? Z drugiej strony, zapisując lek dla ludzi, lekarz może szybko podciąć gałąź, na której siedzi. Nawet w tej chwili w sądzie jest sprawa opiekuna psa przeciw weterynarzowi, który – zgodnie z wcześniejszą decyzją opiekuna – leczył psa lekiem dla ludzi. Na to wszystko nakłada się jeszcze aspekt następujący: jeżeli lekarz nie poinformuje opiekuna o możliwości zamiany leku, to w sytuacji, gdy otrzyma taką propozycję w innym gabinecie weterynaryjnym, o swoim dotychczasowym lekarzu pomyśli: zdzierca. Niezwykle trudną jest sytuacja, w której ja przedstawiam opiekunowi koszty leczenia lekiem weterynaryjnym, a on mówi mi, że go nie stać na takie leczenie. Co miałbym wówczas zrobić – uśpić psa czy jednak iść pod prąd i zaproponować dziesięciokrotnie tańszy lek dla ludzi, na który opiekun już się zdecyduje? Przyczyna tych niezdrowych regulacji ma swoje źródło w interesach finansowych przedsiębiorstw zajmujących się produkcją leków weterynaryjnych, a niefrasobliwość, z jaką tworzone jest prawo, wynika z faktu, że ustawodawca nie musi go w codziennej praktyce z pacjentem sam przestrzegać.

Do podejmowania takich decyzji studia weterynaryjne z pewnością nie przygotowują…

Uważam, że nie każdy powinien móc zostać lekarzem weterynarii. Człowiek dający rękojmię prawidłowego wykonywania tego zawodu powinien cechować się kilkoma cechami. Przede wszystkim powinien być świadomy odczuwania bólu przez inną istotę, wrażliwy na to –ale z drugiej strony zachowywać zdrowy rozsądek. W świecie ludzi, w świetle obecnej regulacji prawnej, nie ma pytania o właściwy moment na eutanazję. W przypadku zwierząt ja spotykam się z pytaniem właściciela, czy zwierzę już cierpi. My powinniśmy w pewnym sensie umieć pomóc właścicielowi podjąć właściwą decyzję. Nie może nami wówczas kierować chęć zysku, która prowadzi do kolejnych transfuzji, zmian leków, prób zaprzeczania stanowi agonalnemu pacjenta. Trzeba umieć przyznać, że zrobiło się już wszystko, nie ma szans na poprawę i być może warto skrócić cierpienie temu zwierzęciu. Z mojej praktyki wynika, że takie postawienie sprawy jest przez opiekuna postrzegane pozytywnie. Niestety do wielu ludzi przemawia głównie czynnik finansowy, stąd często bardziej skuteczna bywa argumentacja, że nie ma już sensu wydawać więcej pieniędzy, niż to, że zwierzę cierpi. Podobnie jak w przypadku wyboru między lekiem weterynaryjnym a przeznaczonym dla ludzi, także w sytuacji eutanazji decyzja należy do właściciela. On jednak nie zawsze jest w stanie w danej sytuacji działać zdroworozsądkowo. Wtedy lekarz powinien stanąć z boku i mu w tym pomóc. Nie może działać na tym ostatnim etapie emocjonalnie, ale powinien zrobić wszystko, aby to zwierzę umarło w komforcie.

Czy właściciela można przygotować do eutanazji zwierzęcia?

Ja staram się go w pewnym sensie na to przygotować. Przede wszystkim należy mu uświadomić, aby na tę decyzję nie patrzył w kategoriach robienia czegoś złego. Nie usypia się zwierzęcia zdrowego, dlatego, że jest „niewygodne”. Usypia się zwierzę w skrajnym, agonalnym stanie i – w moim przekonaniu – wykonanie eutanazji jest pewnego rodzaju naszą przysługą dla zwierzęcia. Dlatego również nie każdy może być lekarzem. Z jednej strony w takich sytuacjach mogłyby pojawić się osoby napędzane wyłącznie chęcią zysku – a z drugiej te działające emocjonalnie, co w tej sytuacji też nie jest właściwe. Wreszcie, informacja, jaką usłyszy opiekun, powinna być rzetelna. Jakie są rokowania, tego nigdy nie wiadomo na sto procent i nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć właścicielowi na pytanie, jak długo to zwierzę będzie jeszcze żyć. Jesteśmy za to w stanie ocenić, czy to zwierzę będzie żyło w komforcie.

Czy „dziedziczenie” zawodu weterynarza to korzystna sytuacja?

Jestem zdania, że od działalności z pokolenia na pokolenie powinno się uciekać. Selekcja przyszłych lekarzy weterynarii powinna też być dużo bardziej surowa niż tylko w oparciu o zdane egzaminy. Oceny być może wystarczą, aby wskazać dobrego informatyka, jednak w naszym przypadku mamy do czynienia z żywą istotą. Weterynarz to zawód publicznego zaufania, ale ja uważam, że o to publiczne zaufanie jako lekarze powinniśmy dopiero zabiegać – każdy we własnym zakresie. Oczywiście poza weterynarią kliniczną mamy także weterynarię administracyjną. Kompetencje potrzebne, aby dobrze wykonywać te dwa zawody, są różne. Dlatego mój postulat brzmi: rozdzielmy to. Ten z nas, który pracuje w administracji, nie musi przecież idealnie znać anatomii zwierzęcia. Z drugiej strony, klinicysta nie musi być biegły w przepisach prawnych. Taki formalny rozdział sprzyjałby budowaniu publicznego zaufania, bo w tej chwili ukończenie studiów nawet z wynikiem miernym uprawnia do leczenia. Oczywiście, pacjenci i opiekunowie zweryfikują kompetencje takiego lekarza, ale wtedy może już być za późno. Dlatego jestem zdania, że w naszym zawodzie powinna być zdecydowanie mocniejsza weryfikacja, zarówno z punktu widzenia właściwości psychologicznych przyszłego klinicysty, jak i jego wiedzy. Kiedy zastanawiam się, kogo bym chciał w przyszłości zatrudnić, to przyznam szczerze, że nie spotkałem jeszcze takiej osoby. Wynika to z moich wysokich oczekiwań wobec lekarza: jako lekarza i jako człowieka. Możliwości zdobywania wiedzy są dziś nieograniczone, zatem jeśli lekarz prezentuje niski jej poziom, nie wynika to z niedostępności odpowiednich źródeł, ale z faktu, iż na te studia on nie powinien był trafić.

Na stronie internetowej Śląskiej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej można przeczytać, że weterynarze zgłaszają zapotrzebowanie na szkolenie z zakresu kontaktu z trudnym klientem. Kim jest trudny klient?

Trudny klient to przede wszystkim opiekun, który wymyśla chorobę pacjentowi. To bardzo ważne, aby w takiej sytuacji lekarz nie uległ sugestii, zlecając od razu wszystkie dostępne badania – jeżeli klinicznie nie ma ku temu podstaw. Inny typ trudnego klienta to opiekun z postawą roszczeniową, który wkracza do gabinetu na zasadzie „ja tu płacę, proszę mnie obsługiwać”. Taki klient nie rozumie znaczenia partnerskiej współpracy z lekarzem dla osiąganych efektów. Mamy też bardzo trudnego tzw. klienta z Google’a, który przychodzi do weterynarza z samodzielnie postawioną diagnozą i jedyne, czego oczekuje, to przepisania leków. Takiego klienta bardzo trudno do czegokolwiek przekonać. Chciałbym zwrócić uwagę, że czasem to lekarz generuje trudnego klienta. Jeżeli nie jest uprzejmy, trudno oczekiwać tego od właściciela zwierzęcia. Jeżeli proponuje badania mające się nijak do danego stanu klinicznego, trudno aby klient był zadowolony. Nie sztuką jest zrobić wszystkie dostępne badania, klienta skasować i dalej nic nie wiedzieć. Sztuką jest zrobić te badania, które są niezbędne dla danego pacjenta.

Czym kierują się opiekunowie wybierając gabinet weterynaryjny?

Fachowość oczywiście jest ważna. Bywają jednak lekarze, którzy są bardzo dobrymi fachowcami, ale kiepskimi mówcami. Tymczasem dzisiaj ludzie bardzo dużo już czytają i wiedzą – i od lekarza oczekują rzetelnie przedstawionej informacji, na czym konkretnie polega problem oraz co po kolei będziemy robić. Dlatego z jednej strony trzeba być dobrym klinicystą, a z drugiej sprostać wymaganiom profesjonalnego kontaktu z opiekunem. Generalnie przyczyny, dla których człowiek wiąże się z danym lekarzem, zależą od tego człowieka. Dla jednych najważniejsza będzie merytoryka, dla innych wygląd miejsca, ale – co zaskakujące – decydująca może okazać się sama nazwa placówki. Istnieje kilka ich kategorii: gabinet, przychodnia, lecznica i klinika. Przed każdą stoją wymagania, którym placówka musi sprostać, i określone obowiązki – np. klinika musi organizować szkolenia. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że posiadanie na stanie sprzętu, którym dana placówka zgodnie ze swoją kategorią winna dysponować, wbrew pozorom nie zawsze idzie w parze z umiejętnością jego obsługi. Wybierając weterynarza, niektórzy ludzie będą kierować się przeciętnym czasem oczekiwania w poczekalni. To jednak bywa zwodnicze. Proszę zwrócić uwagę, że jeżeli wizyta trwa pięć minut, to jakość badania klinicznego z dużym prawdopodobieństwem też będzie pozostawiać wiele do życzenia. Bardzo chciałbym, aby długi czas trwania wizyty postrzegany był nie jako niedogodność, lecz jako atut. Niestety takie podejście, szczególnie wśród osób oczekujących na swoją kolej, to jeszcze rzadkość. Nie każdy też rozumie, dlaczego nie może umówić się na określoną godzinę i mieć pewność, że dokładnie wtedy zostanie przyjęty. Tymczasem my pracujemy z żywymi zwierzętami i dynamika zmian nie zawsze pozwala na precyzyjne ulokowanie wizyty danego zwierzęcia między dwoma biznesowymi spotkaniami jego opiekuna. Pragnę zwrócić uwagę, że w przychodni weterynaryjnej brak jest wyodrębnionej jednostki ambulatoryjnej przewidzianej do nagłych sytuacji – pacjenci z wypadków muszą być przyjęci poza kolejnością przez tego samego weterynarza, który wcześniej zaprosił inne zwierzę na wizytę. Dlatego apelowałbym o wyrozumiałość. Dla wielu istotną rolę odgrywa cena usług. Zdarza się, że zwierzę ma stałego lekarza, ale gdy pojawia się konieczność przeprowadzenia zabiegu, opiekun obdzwania kilku lekarzy i idzie tam, gdzie najtaniej. Tymczasem zabieg związany z narkozą zawsze niesie zagrożenie i dla bezpieczeństwa pacjenta powinien go przeprowadzić lekarz, który go zna.

Właściciel zwierzęcia robi „przetarg” na zabieg?

Trochę tak to wygląda. Wśród lekarzy w takich sytuacjach istnieje tendencja do zaniżania ceny, ale każdy kij ma dwa końce. Jeżeli my zaniżamy cenę, to dochód automatycznie jest mniejszy, a wtedy mniej możemy przekazać na samokształcenie i wyposażenie. W ten sposób, poprzez obniżenie jakości usług, prowadzimy do samozagłady. Wracam tutaj do tego, co powiedziałem na początku – zwierzę powinno być traktowane w charakterze pewnego rarytasu. To nie jest rower, nie każdy musi je mieć. Jeżeli nie stać cię na opiekę nad psem, to go nie bierz. Jeżeli oczekujesz od lekarza niskich cen usług, odbędzie się to kosztem zwierzęcia. Jeżeli przy wyborze placówki, kierujesz się tylko ceną, miej świadomość, że wywiad przed szczepieniem może ograniczyć się do pytania ze strony lekarza, czy pies jest zdrowy. Żadnego, niezbędnego w takich okolicznościach, badania klinicznego nie będzie.

Może, oprócz placówek prywatnych, powinna być też weterynaria państwowa?

Jeszcze trzy dekady temu weterynaria kliniczna była państwowa. Nie mam pewności, czy powrót do takich rozwiązań byłby słuszny. Z jednej strony, z pewnością umożliwiłoby to posiadanie zwierzęcia osobom, które teraz nie mogą sobie na to pozwolić. Z drugiej – jeżeli w państwowych placówkach poziom opieki okazałby się niższy niż w prywatnych, mogłoby to różnicować komfort zwierząt w zależności od tego, na wizytę w jakiej przychodni ich właścicieli byłoby stać. Wyobraźmy sobie sytuację rodem z publicznej służby zdrowia dla ludzi: opiekun przychodzi z chorym psem w listopadzie i dowiaduje się, że musi czekać do sierpnia. Mam obawy, że państwowa służba weterynaryjna byłaby tworem tylko w założeniu wspierającym opiekę nad zwierzętami. W praktyce mogłoby to się odbyć ze szkodą dla zwierząt.

Czy w mieście powinien być choć jeden weterynarz, który przyjmuje całodobowo?

Z punktu widzenia niezwłocznej pomocy zwierzęciu oczywiście ma to głęboki sens i takie placówki są potrzebne. Z drugiej strony, świadomość społeczeństwa nie jest jeszcze na tyle rozwinięta, żeby ludzie skłonni byli zrozumieć wyższe kwoty związane z obsługą w nocy. Trzeba pamiętać, że to jest praca poza zwykłymi godzinami pracy. Co więcej, na nocny dyżur przyjeżdżają najcięższe przypadki i taki pacjent wymaga zupełnie innej opieki.

Kto tak naprawdę jest klientem przychodni? Człowiek czy zwierzę?

Nie poruszam się w kategoriach „klienta”. Istotą, na której skupiam się w swojej pracy, jest pacjent – czyli zwierzę. Człowiek jest opiekunem, który ponosi odpowiedzialność za mojego pacjenta. Pacjent jest w centrum. Komfort pacjenta podczas wizyty jest też coraz częściej istotny dla jego właściciela. Nie trzeba od razu doskakiwać do zwierzęcia ze stetoskopem – warto dać mu czas na oswojenie się z zapachami w przychodni, rozmawiając chwilę z opiekunem. Nie zaszkodzi zwierzę pogłaskać, czymś poczęstować. Z drugiej strony, niektórzy lekarze nadskakiwaniem pacjentowi mogą starać się przypodobać jego właścicielowi, którego czujność w zakresie merytoryki wizyty nie powinna zostać uśpiona. Zachęcam do tego, aby swojego lekarza oceniać bez emocji – zarówno negatywnych, jak i tych entuzjastycznych.

Nawet jeśli weterynarz jest bardzo miły, w poczekalni czworonogi trzęsą się jak galareta.

Nie wszystkie zwierzęta boją się wizyty. W dużej mierze informację o tym, czy sytuacja jest stresująca i czy należy się bać, odbierają od swojego właściciela. Dlatego jego spokój i zaufanie do danej placówki są bardzo ważne. Co więcej, stanowi to tylko potwierdzenie tezy z początku naszej rozmowy, o konieczności rozważnego doboru zwierzęcia. Jeżeli jesteśmy nerwowi, lepiej wziąć psa-flegmatyka.

O czym każdy opiekun powinien pamiętać?

Powinien pomyśleć nie tylko o zdrowiu zwierzęcia, ale także o swoim, i przywiązywać wagę do odrobaczeń zwierzęcia. Co jakiś czas powinien też odrobaczyć siebie. Warto dbać o higienę , bo formy przetrwalnikowe są wszędobylskie. Trzeba też mieć świadomość , że odrobaczanie nie jest profilaktyką, bo nie zapobiega zarażeniu się pasożytem, a jedynie usuwa ewentualnego obecnego pasożyta. Nawet krótko po odrobaczeniu zwierzę może zarazić się kolejny raz, chociaż są już dostępne środki, które jeszcze przez pewien czas po zastosowaniu wyniszczają nowych „pasażerów na gapę”.

Jaki temat istotny jest latem?

Ważne, aby nie bagatelizować kleszczy. Coraz więcej przenosi groźne dla zwierząt choroby: boreliozę, babeszjozę, anaplazmozę czy erlichiozę. Warto wiedzieć, że wyciągnięcie kleszcza po kilku dniach – nawet w całości –nie jest metodą na uniknięcie zachorowania. Chciałbym z drugiej strony podkreślić, że zaaplikowanie preparatu przez lekarza nie sprawi, że kleszcz nie wejdzie. On po prostu nie dożyje momentu, w którym miałby zarazić czymś swojego żywiciela. W przypadku każdej z jednostek chorobowych ten czas jest różny. Usunąć kleszcza można samodzielnie za pomocą specjalnych pęset dostępnych w sklepach zoologicznych. Można go też wykręcić, w dowolnym kierunku. Nie wolno wyrywać.

Na co, w podsumowaniu, chciałby Pan zwrócić szczególną uwagę Czytelników?

Dobrze by było, żeby właściciele potrafili „wejść w skórę” swojego psa, postawić się na jego miejscu. Ważne, aby kupno zwierzęcia było przemyślane – nie pod wpływem impulsu. Trzeba zadać sobie pytanie, czy w ogóle je kupić, a jeżeli tak, to jakie to ma być zwierzę. Trzeba być pewnym, że będziemy w stanie sprostać wymaganiom tego zwierzęcia – zarówno pod względem finansowym, jak i ilości czasu, który trzeba będzie mu poświęcić. To jest zobowiązanie na lata. Chciałbym też prosić, aby nie kombinować z leczeniem zwierzęcia na własną rękę, tj. bez udziału weterynarza. Niestety zdarza się, że lekarze leczący ludzi robią kawał złej roboty dla naszych pacjentów. Zakładają, że mogą skutecznie wyleczyć zwierzę, po prostu proporcjonalnie zmniejszając dawkę leku stosownie do jego wagi. To jednak ma się nijak z punktu widzenia efektu terapeutycznego. Inna jest biodostępność leków, a niektórych u zwierząt w ogóle nie wolno stosować. W takiej sytuacji nawet jednokrotna dawka może wywołać zaburzenia, w tym doprowadzić do krwotocznych zapaleń przewodu pokarmowego. Tu ponownie akcentuje się osoba opiekuna w procesie leczenia: powinien on zrozumieć, jaką rolę przyjąć, aby w tym procesie pomóc, a nie przeszkodzić. Zarówno diagnozę, jak i leczenie należy przekazać w ręce lekarza weterynarii. Żeby opiekun zwierzęcia był w stanie to zrobić, ważne jest, aby wybrał lekarza, któremu zaufa. Jeżeli nie ufa, taka wizyta jest spalona na samym początku i to są wyrzucone pieniądze. Lekarz, któremu się patrzy na ręce, ma bardzo niekomfortowe warunki pracy. W rezultacie będzie on raczej skupiać wysiłki na zabieganiu o zaufanie, zamiast koncentrować się na skutecznym procesie leczenia. Co więcej, wybór lekarza, któremu opiekun ufa, sprawi, że opiekun będzie skłonny przyjąć i zaakceptować swoją rolę w procesie leczenia. Z jednej strony będzie wypełniał swoje zadania sumiennie, a z drugiej – nie będzie wkraczał w rolę lekarza, np. przychodząc do niego z gotową diagnozą i prosząc tylko o leki. Zaufanie do lekarza stwarza warunki do partnerskiej współpracy opiekuna z lekarzem, a swoboda komunikacji daje opiekunowi możliwość przekazania informacji kluczowej z punktu widzenia skutecznej diagnozy czy podjęcia decyzji o kierunku dalszego leczenia. Zachęcam przede wszystkim do refleksji nad swoją rolą w złożonej relacji lekarz-zwierzę-opiekun, a także do zrozumienia roli lekarza. Następnie z tej perspektywy, w oderwaniu od emocji, przyjrzyjmy się swojemu lekarzowi. Może on wcale nie jest taki zły.

Rozmawiała: Aleksandra Spała

Lek. wet. Sławomir Szymański ukończył specjalizację z zakresu chorób psów i kotów. Do jego zainteresowań należy przede wszystkim kardiologia, choroby wewnętrzne, anestezjologia oraz analityka medyczna. Wspólnie z żoną, lek. wet Jolantą Witek-Szymańską, prowadzą Przychodnię Weterynaryjną Zwierzyniec.

 

Share This