Znam już „bryle” i „hawerfloki”

Rozmowa z Nanine Blignault i Jarkiem Malcem, właścicielami SpeakEasy Centrum Języków Obcych

 

Czy w Tychach nie ma już zbyt wielu szkół językowych, żeby startować z kolejną?

Jarek Malec: Ależ SpeakEasy istnieje już od 1998 r. (śmieje się). Na początku była to tylko moja działalność, bo nie znałem jeszcze Nanine – uczyłem wtedy angielskiego w firmach. W zeszłym roku postanowiliśmy poszerzyć ofertę i teraz zajęcia otwarte są dla każdego.

Nanine Blignault (RPA): Oczywiście, w dziejach szkoły bywały zawirowania, przede wszystkim te spowodowane kryzysem. Przetrwaliśmy jednak – jak sądzę – dlatego, że w jakiś sposób byliśmy szczególni. Wszystkie szkoły w Tychach są większe niż nasza i, o ile się nie mylę, jesteśmy jedyną szkołą, w której właściciele są też lektorami. Oboje z Jarkiem jesteśmy skupieni przede wszystkim na nauczaniu i w uczenie osobiście zaangażowani. Poza tym, naszym założeniem jest, żeby SpeakEasy była swego rodzaju ekskluzywną szkołą: nasze grupy liczą do 5 osób, podczas gdy w innych szkołach można spotkać grupy nawet 12-osobowe. My stawiamy na osobistą więź lektora ze słuchaczem i, będącą jej następstwem, jakość nauczania.

Czy to znaczy, że zajęcia w SpeakEasy są droższe niż w innych szkołach językowych?

NB: Ceny nie są z sufitu. Ale to prawda, że w szkołach, które oferują zajęcia w grupach 12-osobowych, koszt godziny siłą rzeczy będzie niższy, niż gdy zajęcia odbywają w grupie złożonej z 5 osób.

Jakie konkretnie są korzyści z zajęć w małej grupie?

NB: Przede wszystkim każdy słuchacz ma dla siebie o wiele więcej czasu, np. na mówienie. Dużo częściej angażowany jest w różnego typu aktywności.

JM: Zakładając, że przez 50 proc. zajęć to lektor mówi – np. tłumacząc, motywując – druga połowa dzielona jest między wszystkich słuchaczy. Prosty rachunek pozwala stwierdzić, o ile więcej czasu ma dla siebie słuchacz, kiedy uczy się w małej grupie (nie wspominając o zajęciach jeden na jeden, które też oferujemy).

NB: Skoro już tak przeliczamy, to pójdźmy dalej: kurs, na którym masz okazję więcej mówić i być w centrum zainteresowania lektora, doprowadzi słuchacza do zamierzonego poziomu odpowiednio szybciej. Jest po prostu bardziej intensywny. Tak więc sumaryczne koszty wcale nie muszą być większe, a efektywność kursu pozwoli w krótszym czasie osiągnąć upragniony poziom.

Nanine Blignault i Jarek Malec, właściciele SpeakEasy Centrum Języków Obcych

Dopiero otwieracie się na „szerokiego odbiorcę” usług edukacyjnych SpeakEasy. Co jest najtrudniejsze na początku?

JM: Przede wszystkim, na reputację trzeba sobie zasłużyć. O ile nie wejdzie się w agresywną reklamę, to zajmuje to więcej czasu.

Nie wchodzicie w agresywną reklamę?

JM: Mamy oczywiście swoją stronę internetową i działamy aktywnie w mediach społecznościowych, przygotowaliśmy też ulotki – tak więc SpeakEasy komunikuje się z tyszanami. Ale poza tym nie inwestujemy w reklamę. W zeszłym roku działaliśmy dość ekspansywnie – w mieście poustawiane były banery. Ale szczerze mówiąc, na nie wiele  to się zdało: tylko jeden słuchacz zaznaczył w ankiecie, że o szkole dowiedział się z banerów.

NB: Zawsze pytamy nowych słuchaczy, skąd o nas wiedzą i – poza mediami społecznościowymi – zazwyczaj jest to rekomendacja od znajomego.

JM: Biorąc pod uwagę fakt, że zaczynałem od uczenia angielskiego w firmach, dla mnie sytuacja, w której trzeba o sobie mówić, jest dość nowa. Dawniej wystarczyło, że byłem dobrym lektorem i to do mnie dzwonili. (śmieje się)

NB: Rekomendacje od znajomych to najpewniejsza informacja dla nowego słuchacza. Nie poleca się przecież szkoły, z której jest się niezadowolonym lub jeśli nie do końca wierzy się w efektywność nauki w niej. To, co nas cieszy, to że ktoś na tyle ufa jakości SpeakEasy, że poleca nas krewnym lub przyjaciołom. W rezultacie, tworzy się sympatyczna grupa osób, spośród których większość albo się zna, albo – dzięki niewielkiej liczbie osób w grupie – szybko się poznaje.

Powiedzcie coś o lektorach w SpeakEasy.

NB: Zdajemy sobie sprawę, że to od nich zależy poziom, stąd przede wszystkim, staramy się, aby byli dobrze opłacani. Kryterium wyboru lektora to „reputacja – nie desperacja” (śmieje się). Wybieramy zwykle takich lektorów, których albo osobiście znamy, albo poleconych przez kogoś zaufanego.

JM: Czasem do SpeakEasy puka osoba nieznana, która chce zostać lektorem i której dajemy szansę. Po krótkim czasie rozmawiamy ze słuchaczami, prosząc o opinię. W zależności od niej, podejmujemy dalsze kroki. A trzeba podkreślić, że słuchacze SpeakEasy mają dość wysokie oczekiwania co do kompetencji i umiejętności lektora, zatem nie każdy lektor taki test przechodzi. Sami oczywiście też zaglądamy na zajęcia prowadzone przez naszych lektorów.

NB: Jeśli nawiązujemy współpracę z lektorem, to ta współpraca jest zazwyczaj na lata. Lektorzy, zadowoleni z warunków, nie mają powodów, żeby nas opuszczać. Słuchacze z kolei czerpią korzyść z nauki nieprzerwanie prowadzonej przez jednego bądź kilku nauczycieli. Wciąż jednak jest to niewielkie grono, w obrębie którego się poruszamy. W takich okolicznościach dużo łatwiej o przyjazną, intymną atmosferę, niż gdyby miała miejsce ciągła rotacja lektorów.

Sami też jesteście lektorami w swojej szkole.

NB: Tak i uczenie to jest nasza prawdziwa pasja. Niewiele w nas z ludzi biznesu (śmieje się). Dla mnie moi słuchacze to bliskie osoby. Nie ma w tym przesady, bo widuję ich częściej niż moich przyjaciół. Znam imiona dzieci słuchaczy, ich psów. Obustronna sympatia przynosi efekty w nauce, bo to naturalna sprawa: jeżeli kogoś lubisz, uczysz się z większym zaangażowaniem. Oczywiście, gratyfikujące jest też dla mnie uczucie, kiedy słuchacz wraca z jakiejś zagranicznej konferencji i mówi: kurczę, udało się – potrafię, dziękuję! To naprawdę daje satysfakcję i napędza do dalszego działania.

W SpeakEasy języka może się uczyć zarówno ktoś, kto potrzebuje na co dzień języka biznesu, jak i małe dziecko. W jaki sposób zaspokajacie potrzeby tak różnych słuchaczy?

NB: Przede wszystkim, inni lektorzy predysponowani są do pracy z dziećmi, a inni do pracy z dorosłymi. Ja nie uczę dzieci.

JM: Ani ja.

Czy potrzebne są jakieś szczególne kompetencje, żeby uczyć dzieci?

NB: Raczej inny charakter.

JM: Jestem zdania, że ludzie powinno robić to, w czym czują się dobrze. Mnie największą frajdę sprawia uczenie dorosłych i nastolatków (kiedyś uczyłem w szkole średniej), dlatego na tym się koncentruję. Mamy jednak takich lektorów, którzy mają świetny kontakt z dziećmi. Szczególnie małe dzieci wymagają odpowiedniego podejścia. W wielu krajach przygotowanie przyszłego nauczyciela do pracy z dziećmi wygląda całkiem inaczej niż przygotowanie do prowadzenia zajęć z osobami starszymi. W Polsce przyjęło się, że wystarczy mieć ukończone studia w zakresie danego języka i jest się już gotowym, żeby uczyć każdego niezależnie od wieku – co jest niestety podejściem, w mojej opinii, chybionym.

NB: Jeśli chodzi o mnie, dobrze wiem, że kompletnie nie sprawdzam się z pięciolatkami. Lubię je, ale to nie znaczy, że jestem w stanie skutecznie uczyć je języka. Świadomość własnych ograniczeń doprowadziła do tego, że w chwili obecnej zatrudniamy do nauczania dzieci odpowiednio przygotowanych lektorów. Oni chcą uczyć dzieci i sprawdzają się w tym.

Jakie warunki musi spełniać lektor w SpeakEasy?

NB: Na pierwszym miejscu stawiamy doświadczenie, po nim formalne przygotowanie. Mamy takich lektorów, którzy nie mają formalnych kwalifikacji do nauczania języka, ale potężny bagaż doświadczeń. Kiedy zjawili się u nas, byli pod lupą – zostali w SpeakEasy, bo okazali się urodzonymi nauczycielami.

Jakie języki są w ofercie SpeakEasy?

NB: Przede wszystkim angielski – wciąż najwięcej słuchaczy o niego pyta.

JM: Poza tym w SpeakEasy można uczyć się niemieckiego, hiszpańskiego i włoskiego. Włoski cieszy się największym wzięciem zaraz po angielskim, co wynika chyba z bliskości FIAT-a w Tychach.

Najpierw zaczęliście razem pracować, a potem zostaliście parą?

NB: Nie, właśnie na odwrót.

JM: Najpierw byliśmy parą, a potem zwróciłem się do Nanine, żeby razem ze mną poprowadziła SpeakEasy.

NB: Tak, prosił: Nanine, pomóż mi! Sam nie podołam! (śmieje się)

To jak się poznaliście?

NB: Mieszkałam już w Polsce i szukałam dla siebie nauczyciela języka polskiego. Jarka polecił mi jeden z moich studentów.

JM: Ustaliliśmy, że w zamian ja będę miał okazję szlifować angielski, odbywając konwersacje po angielsku z Nanine, która jest native speakerem. Korzyść zatem miała być obustronna. To ile lekcji zdołaliśmy razem odbyć?

NB: Dwie.

JM: Tak, dwie. Jedną po polsku i jedną po angielsku. I wtedy…

NB: I wtedy zakochaliśmy się w sobie. Dlatego mój polski jest teraz okropnie słaby! (śmieje się)

JM: Bo jak zaczęliśmy się umawiać na randki, to skończyły się lekcje.

Przeszliście na angielski i nie było już potrzeby, żeby Nanine uczyła się polskiego.

NB: Powinnam się uczyć… w zasadzie chodzę teraz na lekcje polskiego. Rozumiem więcej, niż sama jestem w stanie po polsku powiedzieć. Wydaje mi się, że uczę się dość wolno.

JM: To nieprawda, jest całkiem dobra.

NB: Tylko tak mówisz… Na co dzień nie mam potrzeby, żeby używać języka polskiego – w pracy rozmawiam po angielsku. W domu co innego, bo mieszkamy z ojcem Jarka, z którym porozumiewam się po polsku.

JM: Nanine niedawno poszła do banku i wszystko załatwiła.

NB: Poszłam i faktycznie wszystko załatwiłam, ale nie wiem, co powiedziałam. (śmieje się)

JM: Nanine też trochę „godo”. Zna kilka słów po Śląsku.

NB: Bryle, hawerfloki, portki… Ostatnio nauczyłam się słówka „kaj” od Johanna z RPA, innego lektora SpeakEasy, który wżenił się w śląską rodzinę. Ojciec Jarka jest górnikiem i często mówi do mnie gwarą śląską, nie czując różnicy między śląskim a literackim polskim, którego mnie uczą na zajęciach. Tymczasem dla mnie to dwa różne języki.

Co było taką kulturową różnicą między Wami, że być może przeszkadzało Wam na początku?

NB: Nie jestem pewna, czy to wynika z różnic kulturowych, czy jest to po prostu cechą Jarka, ale – podobnie jak większość Polaków – jest on niezmiernie bezpośredni. Kiedy zaczynaliśmy wspólną pracę i mieliśmy różne spotkania, trudno było mi się przyzwyczaić, że Jarek mówi to, co myśli i myśli to, co mówi. Pochodzę z RPA, tj. byłej kolonii brytyjskiej, a wszyscy wiemy, jak jest w Anglii: trzeba być przede wszystkim bardzo uprzejmym i przez to nieco owijać w bawełnę. Myślę jednak, że z biegiem lat udało się nam z Jarkiem wypracować złoty środek, tak żeby jednocześnie być bezpośrednimi i uprzejmymi – i to działa.

JM: W RPA potomkowie kolonialistów holenderskich zazwyczaj chodzą do szkół afrykanerskich, a potomkowie kolonialistów angielskich – do szkół angielskich. Tymczasem Nanine, chociaż jej przodkowie pochodzili z Holandii i sama mówi językiem afrikaans, poszła do szkoły angielskiej. To znaczy, że dorastała jednocześnie w kulturze afrykanerskiej i angielskiej. Związek z Nanine uzmysłowił mi, że faktycznie jako naród jesteśmy o wiele bardziej bezpośredni niż Anglicy.

NB: … którzy z kolei przez owijanie w bawełnę sprawiają, że czasem nie masz pojęcia, co usiłują powiedzieć.

JM: Nigdy nie zapomnę rozmowy z bratem Nanine na Skype, w trakcie której omawiałem pewien projekt. Próbowałem go do niego przekonać, a w odpowiedzi słyszałem: tak, to jest dobre, ale być może mógłbyś zrobić to czy tamto. Swoje wypowiedzi formułował: „OK, ale…”. Po rozmowie spojrzałem na Nanine, która przez cały czas siedziała obok mnie, i triumfalnie oznajmiłem: twojemu bratu spodobały się moje pomysły! Na co usłyszałem: to nieprawda, wcale mu się nie spodobały.

NB: Kluczowe było wyczucie, jaką myśl skrywał pod niepozornym słówkiem „ale”…

JM: Wówczas dla mnie było niezrozumiałe, jak można mówić „OK”, kiedy tak naprawdę z czymś się nie zgadzasz. Teraz ta kultura stała mi się osobiście bliska, co też przekłada się na sposób, w jaki uczę języka. W trakcie zajęć staram się wyjaśniać subtelne różnice kulturowe, które mogą mieć niebagatelny wpływ na wzajemne zrozumienie się ludzi. Świadomość tych różnic jest istotnym aspektem znajomości samego języka. Tyle mówi się o różnicach kulturowych, kiedy chcesz dobić interesu z Azjatą, a świadomość ich wagi w analogicznej sytuacji jest niska, kiedy partnerem jest Anglik czy obywatel USA. Urażony może zerwać negocjacje.

NB: Łatwo urazić kogoś z kultury anglosaskiej, nawet o tym nie wiedząc. Ciężko tych różnic nauczyć, samemu ich nie czując. My to robimy, bo siłą rzeczy na własnej skórze tych różnic doświadczamy –  choćby w prywatnych relacjach między nami. Ważne jest, aby uczyć „życia w danym języku”, a nie tylko posługiwania się nim.

Czy międzynarodowe środowisko lektorów SpeakEasy w jakiś sposób przyczynia się do tego?

NB: Jasne, że tak. Native speakerzy SpeakEasy pochodzą z trzech kontynentów. KC jest z Nigerii. Bulcsu urodził się na Węgrzech, ale w wieku dwóch lat wyemigrował z rodzicami do Kanady. Johann, podobnie jak ja, pochodzi z RPA. Staramy się pielęgnować relacje nie tylko ze słuchaczami, ale też budować więź z lektorami. Od czasu do czasu chodzimy razem na kręgle, organizujemy Tearcher’s Day, np. przy grillu. Taka relacja stwarza podstawy do wzajemnego zaufania i jeszcze większego zaangażowania.

W jaki sposób dbacie o integrację słuchaczy?

JM: W zeszłym roku w okolicach Bożego Narodzenia zorganizowaliśmy kulturowy quiz. Wyszedł całkiem nieźle.

NB: Przynajmniej dwa razy w miesiącu (a czasem co tydzień) organizujemy bezpłatne warsztaty, na które może wejść każdy, również niebędący słuchaczem. Niedawno prowadziłam warsztaty dotyczące wymowy. Niektórzy lektorzy organizują gry. Nigeryjczyk KC przeprowadził warsztaty dotyczące różnic kulturowych. Do warsztatów wracamy już na przełomie września i października – grafik będzie dostępny na Facebooku, na Twitterze i na naszej stronie internetowej.

26 września odbędzie się Dzień Otwarty.

NB: Tak. Udział jest nieodpłatny, każdy może przyjść, obejrzeć nasz nowy budynek i sale, spotkać naszych lektorów. W ten sposób łatwo zorientować się, czego można się spodziewać, decydując się na naukę języka w SpeakEasy. W tym dniu odbędzie się kilka warsztatów na różnych poziomach. Zapraszamy zarówno dorosłych, jak i nastolatków i dzieci. Grafik  Dnia Otwartego będzie dostępny na Facebooku, na Twitterze i na naszej stronie internetowej.

W jakim wieku jest słuchacz SpeakEasy?

NB: Najmłodszy ma 5 lat, a najstarszy 75. Mamy nawet specjalną grupę dla seniorów. Obserwujemy ostatnio wzrost zainteresowania nauką języków obcych wśród osób w zaawansowanym wieku. Akurat u nas decydują się zwykle na język angielski lub niemiecki.

JM: Nanine specjalizuje się w uczeniu osób starszych.

NB: To prawda. I kiedy z nimi rozmawiam, to okazuje się, że główną motywacją, która im przyświeca, jest utrzymanie sprawności intelektualnej i odegnanie nudy.

JM: Chociaż każda aktywność pomaga utrzymać dobrą pamięć i logiczne myślenie, udowodniono naukowo, że to nauka języków obcych pomaga w największym stopniu.

NB: Oczywiście, specyfika nauczania osób starszych różni się od uczenia młodszych słuchaczy. Chodzi o podejście. Trzeba być cierpliwym i nie pędzić z materiałem tak bardzo. Inne są też materiały, bo temat musi zainteresować seniora.

JM: Starsze osoby to też zwykle lepsi słuchacze. Są bardziej pracowici i zawsze odrabiają zadanie domowe.

NB: Podchodzą do nauki bardzo poważnie. To jest wspaniałe!

JM: Uważam, że również z tego wynika wolniejsze tempo w przypadku starszych słuchaczy. Oni naprawdę starają się wszystko dogłębnie zrozumieć. Chcą być dobrzy w tym, co już zostało im przekazane, zanim lektor przejdzie dalej.

Czy jest coś jeszcze, co wyróżnia SpeakEasy na tle innych szkół językowych?

JM: Częstujemy słuchaczy kawą i herbatą. (śmieje się)

Wydaje mi się, że w innych szkołach takie rarytasy też są dostępne…

NB: No tak. To prawda – nie szpiegujemy innych szkół, więc w zasadzie nie możemy tego wiedzieć. Nie mamy potrzeby „podglądać konkurencji”, głównie dlatego, że inne szkoły języków obcych w Tychach sprofilowane są na innego słuchacza. Mówiliśmy już o tym wcześniej: nie staramy się za wszelką cenę pozyskać słuchacza, nie walczymy też ceną. Zakładamy, że oferta SpeakEasy dotrze do tych, którzy zwracają uwagę na jakość nauczania. Cieszy nas brak rotacji wśród słuchaczy. Kiedy ktoś wybiera SpeakEasy, nie rezygnuje.

JM: A ich zadowolenie sprawia, że lektorzy mają przyjemność z uczenia.

Jak to jest być parą i prowadzić wspólnie rodzinny biznes?

NB: Dobre pytanie! Mam wrażenie, że zdołaliśmy już znaleźć równowagę między życiem zawodowym i prywatnym, ale bywało różnie.

JM: W naszym życiu były różne okresy, m.in. taki, kiedy często się kłóciliśmy. Nagle, w piątek o godz. 22 w łóżku, zaczynaliśmy rozmawiać o pracy. Nasze opinie różniły się i nie mieliśmy do siebie nawzajem zbyt wiele cierpliwości. Potem zdaliśmy sobie sprawę, że sprawy zawodowe zaczynają mieć niekorzystny wpływ na nasze życie prywatne, więc ustaliliśmy, że będziemy robili sobie w domu spotkania, podczas których przegadamy niecierpiące zwłoki tematy, a potem temat zostanie zamknięty.

NB: Potrzebne były wyraźne granice pomiędzy czasem na pracę i czasem dla rodziny.

JM: Teraz nie mamy już takich spotkań, bo bardziej nabraliśmy wyczucia, kiedy tematów zawodowych nie powinno się podnosić, a kiedy są one OK.

NB: Ale wciąż zdarzają się późnowieczorne pytania: Zrobiłeś to? Załatwiłaś tamo? Szybko: powiedz i kończymy temat. (śmieje się)

Spędzacie z sobą w zasadzie całą dobę. Na pewno trudno jest rozgraniczyć czas prywatny od zawodowego.

NB: Pracujemy razem, ale na szczęście nie siedzimy razem przez 8 godzin w jednym biurze – to by nie było zdrowe.

JM: Co prawda mamy jedno biuro, ale nie siedzimy w nim za długo. Każde idzie na swoje zajęcia.

NB: Z drugiej strony, faktycznie czas, który wspólnie spędzamy w szkole, jest dłuższy niż zwykły dzień pracy. Czasem zaczynamy o 7 rano, a kończymy o 21:30 – a do tego dochodzą soboty. Siłą rzeczy, kiedy w końcu się widzimy, to choć ten czas powinien być czasem prywatnym, pojawiają się tematy związane z pracą.

Czym różnią się Wasze role w SpeakEasy?

NB: Jesteśmy inni – każde z nas ma swoje mocne strony. Jarek świetnie sprawdza się w zarządzaniu szkołą, odpowiada za umowy i finanse. Ja z kolei zajmuję się relacjami z lektorami i słuchaczami. Jeśli miałabym zdradzić, co należy do naszych słabych stron, to Jarek bywa zapominalski – a ja czasem zbyt miła.

JM: Nie wiem, czy powinniśmy o tym mówić – teraz każdy będzie wiedział, z kim jest łatwiej negocjować! (śmieje się)

NB: Kiedy trzeba porozmawiać z którymś z lektorów, żeby nad czymś konkretnym bardziej popracował, robię to ja. Jeżeli zabrałby się za to Jarek, lektor mógłby się załamać. Nie dlatego, że Jarek jest nieuprzejmy, ale ze względu na jego bezpośredniość – mówi bez ogródek.

Wasz 2-letni synek, Daniel, mówi po polsku czy po angielsku?

JM: Jednak głównie po angielsku, dlatego że oboje w domu mówimy po angielsku. Naturalne jest to, że dziecko zaczyna mówić językiem matki. Poza tym, nie martwię się o jego polski: Daniel mieszka w Polsce, więc we właściwym czasie polskiego się dobrze nauczy. Już teraz w jakimś stopniu komunikuje się z nianią i z moim ojcem po polsku. Czasem mówię do niego po polsku, a on mi odpowiada po angielsku. Bardzo byśmy chcieli, żeby był dwujęzyczny, a może nawet, żeby tak samo dobrze mówił również w afrikaans (język rdzennych mieszkańców RPA – przyp. red.).

NB: Udowodniono, że dzieci, które od wczesnych lat mówią w przynajmniej dwóch językach, są bardziej twórcze i lepiej radzą sobie z matematyką. Będziemy się przyglądać rezultatom Daniela w szkole – taki nasz mały eksperyment.

Nie przemknęło Wam przez myśl, żeby jednak zamieszkać w RPA?

NB: Ja myślę o tym cały czas, ale RPA nie jest w tej chwili zbyt bezpiecznym krajem. Ekonomicznie też zmaga się z wieloma trudnościami. Wreszcie, musielibyśmy mieć pomysł na zajęcie dla nas, żeby się tam przeprowadzić.

JM: W RPA każdy zna już angielski.

NB: I nie ma tam zbyt wielu imigrantów, którzy potrzebowaliby nauczyć się tego języka.

JM: Przyjęliśmy więc wersję, że w ostateczności poczekamy z przeprowadzką do emerytury. Naszym marzeniem jest kupić mały domek i zamieszkać tam, skąd Nanine pochodzi.

Nanine, czy jest coś, co uderzyło Cię, kiedy przyjechałaś do Polski, lub co przeszkadza Ci jeszcze teraz?

NB: Jestem wzrokowcem i lubię kiedy wkoło jest pięknie. Tymczasem, kiedy przyjechałam do Tychów, „zderzyłam się” z wielkimi betonowymi blokami i graffiti. Zauważyłam, że ludzie nie ubierają się kolorowo i często mają zmartwione twarze. Nie nawiązują kontaktu wzrokowego mijając kogoś na ulicy. Dość niefrasobliwie śmiecą na ulicach. Nadal nie  jest to dla mnie naturalne, ale już się z tym oswoiłam. Muszę też przyznać, że w Tychach dużo się zmieniło przez ostatnie lata. Teraz jest dużo ładniej.

JM: Nanine pochodzi z niezwykle urokliwego Stellenbosch (około 40 min. od Cape Town), gdzie jest mnóstwo zieleni, a wszystkie domki są białe. To miasteczko uniwersyteckie. Wokół pełno winnic. Nic dziwnego, że trochę trwało, zanim się przestawiła.

NB: Jest jeszcze jedna rzecz, której nie mogę zrozumieć. Kiedy widzę, że w ZUS-ie jakaś staruszka bezskutecznie usiłuje pobrać z maszyny numerek i wszyscy wokół obserwują jej wysiłki, zamiast podejść i pomóc – strasznie mnie to drażni. Nie sądzę, żeby to wynikało ze złej woli tych ludzi, ale raczej może z faktu, że nie chcą się angażować i wychodzić przed szereg.

JM: To, o czym mówi Nanine, to kolejny przejaw różnic kulturowych. Ja często widzę sprawy inaczej. Ostatnio jeździliśmy rowerami po ulicach Holandii. Trasy rowerowe nie są tam zbyt obficie obstawione znakami, więc dość często zatrzymywaliśmy się, żeby zerknąć na mapę. Natychmiast jednak ktoś się zjawiał i pytał, czy może pomóc. To mnie irytowało, bo nawet nie miałem okazji przestudiować mapy!

NB: To, że ktoś chciał Ci pomóc, irytowało Cię? (śmieje się)

JM: Tak, bo ja chciałem popatrzeć na mapę, zorientować się, gdzie jestem, potem znaleźć miejsce, do którego zmierzam i zweryfikować trasę – a to wymaga czasu. Jeżeli ktoś mówi mi, gdzie mam jechać, zanim ja wywnioskuję to z mapy, zabiera mi całą frajdę. Tymczasem nie przegonię przecież człowieka: odejdź, bo chcę w spokoju studiować mapę. Zatem, Nanine, to naprawdę zależy od sytuacji, czy czyjaś pomocna dłoń wyciągnięta w naszą stronę jest w danym momencie faktycznie tym, czego nam trzeba.

NB: Może to faktycznie zależy od sytuacji. Tym niemniej zauważam, że ludzie w Polsce – zanim zaoferują pomoc, bo czasem ją oferują – najpierw przyglądają się dość długo. Za długo.

JM: Bo nie chcą się komuś narzucać i wkraczać tam, gdzie być może wcale nie są potrzebni. Jeżeli dana osoba będzie potrzebowała pomocy, na pewno o nią poprosi.

NB: I to jest chyba sedno: w Polsce zakłada się, że potrzebujący zwróci się o pomoc. Tam, skąd pochodzę, pomoc się oferuje, zanim zostanie się o nią poproszonym – ponieważ to jest uprzejme.

Co z kierowcami na polskich ulicach?

NB: Zdecydowanie, ludzie jeżdżą teraz w Tychach dużo ostrożniej, niż kiedy tu przyjechałam. To prawda, że ja z kolei jestem dość wolnym kierowcą, jak na polskie warunki. W zasadzie, jestem dość wolnym kierowcą także jak na warunki w RPA. Kiedy prowadzę, to denerwuję chyba na drodze polskich kierowców… denerwuję nawet Jarka.

JM: Przypominam sobie taki wyjazd, kiedy wracaliśmy skądś na dwa auta różnymi trasami. W pewnym momencie ja chciałem wjechać na główną ulicę, ale zatrzymałem samochód za jakąś kobietą, która z jakiegoś powodu – mimo, że nic nie nadjeżdżało – nie włączała się do ruchu. Już chciałem ją obtrąbić, kiedy się zorientowałem, że to Nanine.

NB: Wracając do tematu, cieszy mnie to, że teraz kierowcy zatrzymują się przed przejściem dla pieszych, na którym ktoś czeka. To oznacza, że biorą pod uwagę też innych ludzi, a nie tylko swój pośpiech. Kiedyś wcale nie było to takie oczywiste. Miałam wrażenie, że tylko ja się zatrzymuję przed pasami. Może nawet zapoczątkowałam ten trend? (śmieje się)

Nanine, zadomowiłaś się już w Tychach?

NB: Dużo czasu mi to zajęło. Na początku tylko wynajmowaliśmy mieszkanie i jedyne, co miałam własnego, to rower. Odkąd kupiliśmy dom, czuję się tu już dobrze. Mam swoją fryzjerkę, swoją kosmetyczkę. Jestem zdania, że z chwilą, gdy zgromadzisz wokół siebie ludzi, których znasz i lubisz, zaczynasz czuć się „u siebie”. Teraz mam dwa domy: w Tychach i w Stellenbosch.

Czy chcielibyście powiedzieć coś Czytelnikom MIASTOGRA?

NB: W każdej chwili każdy jest mile widziany. Można po prostu wejść z ulicy, żeby zobaczyć, jak wyglądają szkoła i sale – i zapytać, o co się chce. Poza tym, zapraszamy każdego na bezpłatne warsztaty i na Dzień Otwarty 26 września, podczas których będzie można poznać lektorów. Wszystkie informacje odnośnie terminów będą pojawiać się na Facebooku, na Twitterze i na stronie naszej internetowej. Zapraszam, bo głęboko wierzę, że mamy w SpeakEasy dobre wibracje: jeżeli ktoś przyjdzie raz, to będzie chciał do nas wrócić.

JM: Dobrze powiedziane. Ja również zapraszam.

(Rozmowa odbyła się w języku angielskim. Tłum. AS)

Nanine Blignault i Jarek Malec prowadzą SpeakEasy Centrum Języków Obcych. Młodzież i dorośli (w tym również seniorzy) mogą tu uczyć się angielskiego, niemieckiego, włoskiego i hiszpańskiego na wszystkich poziomach zaawansowania. W ofercie są też kursy angielskiego i hiszpańskiego dla dzieci.

Share This